Tysiąc kilometrów pakistańskiej pustyni
Beludżystan, południowo-zachodnia prowincja Pakistanu, to w większości tereny pustynne. Obszar ten nie należy do spokojnych – zbrojne bunty czy płonące pola naftowe nie są tu rzadkością.
Czy holenderska para nie ryzykuje zbyt wiele, zamierzając przemierzyć swą Toyotą Land Cruiser tysiąc kilometrów jałowego odludzia? Beludżystan zajmuje ponad połowę terytorium Pakistanu, jednak jego mieszkańcy stanowią zaledwie 5 procent ludności kraju. Od wieków żyją tu Beludżowie, wywodzący się z nomadów lud o oryginalnej kulturze. Nigdy nie pragnęli, by ich kraina należała do Pakistanu i wciąż dążą do niepodległości. W prowincji tej znajduje się większość zasobów naturalnych kraju, w tym ropa naftowa i gaz ziemny, jednak zaledwie 5 procent zysków z ich wydobycia trafia do Beludżystanu, przez co rejon ten należy do najuboższych w Pakistanie. Sytuację dodatkowo komplikuje fakt, że przez pustynię wiodą szlaki przemytnicze, łączące Karaczi z Afganistanem.

Czy potrzebne nam pozwolenie?
Naszym celem jest Gwadar, niegdyś malownicza wioska rybacka, która stopniowo przekształca się w jeden z największych portów na Morzu Arabskim. Gwadar leży w południowo-zachodnim zakątku Pakistanu, około 30 kilometrów od granicy z Iranem. Docierające do nas opinie na temat bezpieczeństwa w Beludżystanie są sprzeczne, nawet informacje uzyskane w Departamencie Spraw Wewnętrznych i Plemiennych w Quetta nie są jednoznaczne – zapewnienie, że nie potrzebujemy specjalnego zezwolenia, otrzymujemy po dłuższej chwili zastanowienia. Pierwszego dnia jedziemy do Kalat, skąd rozpocznie się nasza droga przez pustynię. Tam spotykamy się z panem Zeferulluahem, komisarzem dystryktu, najważniejszą osobą w okolicy. Zapytany, gdzie możemy bezpiecznie spędzić noc, bez wahania zaprasza nas do swego ogrodu. Po pewnym czasie dołącza do nas delegacja Azjatyckiego Banku Rozwoju, która podróżuje po Beludżystanie, kontrolując swoje inwestycje. Zostajemy zaproszeni na kolację i spędzamy wieczór w miłym towarzystwie. Wszyscy dziwią się, że nie mamy obejmującego Beludżystan zaświadczenia NOC (No Objection Certificate), najwyraźniej bankowcy mieli jakieś problemy.

Przed nami czterysta kilometrów pustyni. Gospodarze radzą zabrać ze sobą jak największy zapas wody. Ku naszemu zdziwieniu, biegnąca przez pustynię droga, w którą zjechaliśmy z głównego traktu, okazuje się mieć całkiem dobrą, asfaltową nawierzchnię. To niewiarygodne, jak różnorodna może być pustynia: piaskowe wydmy, dziwaczne formacje skalne, całkowicie jałowe obszary o fantastycznych kolorach piasku i skał, palmowe oazy. Domy w wioskach zbudowane są z błota i słomy, czasem częściowo pokryte tkaniną. Kobiety w kolorowych ubiorach z obowiązkowymi szalami, mężczyźni gawędzą ze sobą, siedząc przed domami, nomadowie wędrujący przez pustynię ze swymi osiołkami lub wielbłądami. Nawet najmniejsza osada ma swój meczet, zwykle również zbudowany z błota i słomy. Po drodze napotykamy kilka posterunków, których całe wyposażenie składa się ze sznurka rozciągniętego w poprzek drogi. Ku naszemu zdziwieniu strażnicy przepuszczają nas nawet nie pytając o paszporty – zapewne nigdy nie widzieli turystów i myślą, że stanowimy część delegacji banku. Niektórzy są tak zaskoczeni widokiem obcokrajowców, że stoją jak wmurowani z otwartymi ustami i tylko czasem odpowiadają nieśmiałym kiwnięciem, gdy do nich machamy. Podróż przebiega bez problemów, jednak w pewnym momencie asfalt się kończy i droga zmienia się w wertepy. To jest to – jazda terenowa z elementami kolejki górskiej. W powietrze wylatuje mnóstwo piasku i kurzu, hałas jest niemiłosierny, a prowadzenie samochodu wymaga pełnej koncentracji. Udaje nam się znaleźć prędkość, przy której samochodem najmniej rzuca. Na szczęście nie natrafiamy na przekraczające drogę bydło, bo hamowanie w tych warunkach niewiele by dało. Do naszych uszu dochodzi coś jakby odległy dźwięk klaksonu, ale nie potrafimy zlokalizować jego źródła, dopóki z kłębów kurzu za nami nie wyłania się sportowy samochód, który wyprzedza nas na pełnym gazie. „Rozwali go!” - myślimy, spoglądając na siebie. Wieczorem słyszymy o przemycie samochodów z Karaczi do Afganistanu i narkotyków z Afganistanu na pakistańskie wybrzeże, skąd wysyłane są w świat. 
400 kilometrów wstecz?! Po drodze wyprzedzamy delegację bankowców i o siódmej docieramy do Panjgur. U wjazdu do wioski napotykamy policjantów, którzy pokazują nam, byśmy jechali za ich samochodem. Podejrzewamy, że zaszło nieporozumienie, a eskorta przeznaczona jest dla delegacji banku. Meandrując uliczkami, podjeżdżamy pod rządowy hotelik, którego kierownik prowadzi nas do jednego z pokojów. Próbujemy wyjaśnić, że miejsca zarezerwowano nie dla nas, jednak sprawa wyjaśnia się dopiero po przybyciu bankowców.Gospodarze proponują nam inny hotel, kiedy przyjeżdża tutejszy komisarz dystryktu, nie do końca zadowolony z naszej obecności. „Proszę pokazać pozwolenie” – rzuca szorstko. Tłumaczymy, że według Departamentu Spraw Wewnętrznych i Plemiennych w Quetta zaświadczenie NOC nie jest konieczne, on jednak najwyraźniej nie wierzy w to ani trochę. Jedno jest pewne – jeśli jednak zaświadczenie jest potrzebne, zostaniemy odesłani do Quetta! Po pewnym czasie zjawia się kilku funkcjonariuszy, by zadać Coenowi kolejne pytania. Gdy nadchodzi noc, staje się jasne, że nie pozwolą nam pojechać do naszego hotelu. Brama zostaje zamknięta i musimy spać w samochodzie. Przy śniadaniu dowiadujemy się, że możemy kontynuować podróż; wystarczą nam nasze wizy turystyczne. Śpieszymy się ze śniadaniem, by wyruszyć zanim ktoś jednak zmieni zdanie.

Opuściwszy wioskę, znów pogrążamy się w pustyni. Coen świetnie sobie radzi wśród piasków, gdzie drogi składają się z samych dziur, wybojów, gwałtownych zakrętów i nieoczekiwanych zjazdów. Podczas gdy on uważa na najbliższe dziury i wyboje, ja wypatruję bardziej oddalonych przeszkód, wymuszających wcześniejsze dostosowanie prędkości. Jeździe po nierównościach towarzyszy taki hałas, że o przeszkodach muszę informować gestami. Na szczęście znakomicie rozumiemy się bez słów.Choć taką podróż trudno nazwać komfortową, nasze oczy śmieją się do przepięknych widoków – zdumiewających pustych przestrzeni, poszarpanych gór, błyszczących w słońcu kryształów soli w wyschniętych jeziorkach, niespodziewanej zieleni oaz i rozłożystych siodeł przełęczy. Na jednej z takich przełęczy natrafiamy na zepsutą ciężarówkę, której kierowca błaga o pomoc. Jednak sami ledwie dajemy sobie radę z terenem, więc jak moglibyśmy pociągnąć wóz wyładowany kamieniami? Brak znaków na rozdrożach i skrzyżowaniach stanowi poważny problem – nie wiemy, w którą stronę powinniśmy jechać. Nie mamy dobrej mapy tych terenów, jedynie kompas. O dziwo, w takich sytuacjach dość często jak spod ziemi wyrasta ktoś, kogo możemy zapytać o drogę, jednak odpowiedź nigdy nie brzmi „na prawo” ani „na lewo”. Przybysz, zapytany „W którą stronę mamy jechać do Turbat?”, pokazuje jakiś punkt na horyzoncie, co może znaczyć „Tam, za te góry”. Skręcając w lewo lub w prawo zdajemy się na łut szczęścia. Może obie drogi gdzieś tam się łączą, ale któż to wie?

Uzbrojona eskorta Pokonawszy dwie słone pustynie i dwa pasma górskie docieramy do Hosjab, myśląc, że najgorsze już mamy za sobą. Do Turbat już „tylko” sto kilometrów. Jeden dłuższy odcinek wiodącej prosto na zachód drogi nie powinien być problemem. Napotkawszy kolejny sznur rozciągnięty w poprzek drogi, cierpliwie czekamy na jego opuszczenie, jednak tym razem jest inaczej. Otacza nas grupa wiejskich milicjantów, których szef mówi głosem nie znoszącym sprzeciwu: „Musicie zabrać ze sobą dwóch ludzi dla ochrony”. Zupełnie to nam nie odpowiada, ale nie mamy wyboru, choć nie wiadomo, jakie niebezpieczeństwo miałoby nam grozić. Strażnicy sadowią się z tyłu wozu na naszym łóżku. Coen stawia sprawę jasno – mają skierować lufy swych kałasznikowów w stronę tylnych drzwi, nie w nasze plecy. „Nie ma problemu!”
Owe ostatnie sto kilometrów okazuje się być nieprzerwanym pasmem wertepów wśród śmiertelnie nudnego krajobrazu; na szczęście cel wyprawy jest już bliski. Choć jesteśmy wykończeni, z uporem jedziemy przed siebie i po dniu, który wydaje się trwać wieczność, docieramy wreszcie do Turbat. Okazuje się, że jechaliśmy dziewięć godzin. Na posterunku policji spotykamy się z nieprzyjaznym powitaniem – dowódca podniesionym głosem żąda od nas papierów i osławionego zaświadczenia NOC. Jego zachowanie ewidentnie świadczy o tym, że nie wie, jak zachować się w tej sytuacji, a przecież nie może tego okazać podwładnym. Na szczęście daje się łatwo przekonać, że w naszym przypadku wystarczy wiza turystyczna i jak za dotknięciem różdżki zmienia się w przyjaznego i życzliwego człowieka, my zaś, jako jego goście, możemy za darmo skorzystać z rządowego hoteliku. Nakazuje nam jednak, byśmy następnego dnia zabrali ze sobą dwóch strażników. Dyskusja jest bezprzedmiotowa. Strażnik czuwa też przez całą noc pod drzwiami naszego pokoju.

Zgodnie z umową rankiem zgłaszamy się na posterunek, by zabrać strażników, jednak nikt nie ma pojęcia o tych ustaleniach, a dowódcy nigdzie nie ma. „Napijcie się herbaty” – słyszymy – „Szef będzie za godzinę”.
Nie możemy czekać, mamy jeszcze do przejechania 200 kilometrów. Coen próbuje ich zmobilizować do jakiegoś działania, ale nikt się do tego nie kwapi. Nie ma szefa, nie ma rozkazów, nic się nie dzieje. No dobrze. Uruchamiamy silnik, a mijając milicjantów Coen mówi: „Jedziemy do Gwadar!” – i wtedy zjawia się jeden strażnik, który pojedzie z nami.
Przed nami kolejny odcinek wertepów, i to nie „łatwej” pralki, na której przynajmniej można utrzymać jakąś prędkość, a droga pełna ostrych zakrętów, głębokich dołów i zdradliwych garbów, wymagająca wielu godzin uważnego manewrowania. Ostatnie kilometry to istny raj – wjeżdżamy na „nadmorską autostradę”, łączącą Karaczi i Gwadar. Po takiej porcji wertepów każdy doceni asfaltową drogę! Autostrada wiedzie przez niesamowitą okolicę usianą białymi skałami, które pod wpływem erozji spowodowanej działaniem piasku, wiatru i wody przyjęły postać szpikulców sterczących wśród seledynowych jezior. Kończąc naszą wyprawę, czujemy w kabinie świeżą, morską bryzę, a widok morza po tysiącu kilometrów pustyni sprawia nam prawdziwą rozkosz!

źródło: Karin-Marijke Vis / Coen Wubbels / www.landcruising.nl / Magazyn Wyprawy4×4
Tags: landcruising.nl, pakistan

